Oczy Uroczne - Marta Kisiel

Tytuł: Oczy Uroczne
Autor: Marta Kisiel
Wydawnictwo: Uroboros

'Oczy Uroczne' to moje pierwsze spotkanie ze znaną większości czytelników Martą Kisiel. Jest to trzecia część serii "Dożywocia" i chociaż sama nie czytałam poprzednich dwóch tomów, to jednak bez problemu odnalazłam się w tej historii i nie miałam najmniejszych problemów ze zrozumieniem jej sensu. Warto wspomnieć, że książka ta to powieściowa kontynuacja uhonorowanego nagrodą im. J.A. Zajdla opowiadania Szaławiła.

O książce:

"Nikt, kto by ich teraz zobaczył, nie podejrzewałby pewnie, że ta kobieta z wietrzykiem igrającym we włosach, które chłonęły wilgoć poranka i skręcały się coraz niesforniej, w rzeczywistości była wiłą, a ten małomówny mężczyzna u jej boku, o młodej twarzy i siwiejącym włosach płanetnikiem." (str. 35)


Przypadek sprawia, że właśnie w miejscu, gdzie kiedyś stała Lichotka - w której działy się tajemnicze rzeczy, Oda postanawia wybudować dom bez elektryczności, centralnego ogrzewania i wszelkich udogodnień technologicznych.
Przez większość dnia główna bohaterka pracuje jako Pani Doktor w pobliskiej przychodni. Wydawać by się mogło, że w końcu odnalazła spokój. W końcu w małym, prowincjonalnym miasteczku nie wiele się dzieje, a zawód lekarza ogranicza się w większości przypadków do podawania zastrzyków wystraszonym kuracjuszom.
Ostatnimi  jednak czasy do Ody trafia coraz więcej  pacjentów na zdejmowanie szwów ze sporych ran. Coś, lub ktoś atakuje biednych, bezbronnych, niczego nie spodziewających mieszkańców. Nadchodzi okres przesilenia zimowego, podczas którego mogą dziać się dziwne, mroczne i tajemnicze rzeczy.

"Naciągały chmury brzemienne ciężkim, mokrym śniegiem. Nadciągał mróz, malujący szyby w oknach kwieciem najpiekniejszym - i najokrutniejszym.
Nadciągał czas nieprzejednanej nocy.
Czas śmierci" (str. 8)

Moje zdanie:
Jak wspomniałam na samym początku było to moje pierwsze spotkanie z autorką Martą Kisiel. O samych jej powieściach czytałam mnóstwo, bardzo pozytywnych opinii. Teraz już wiem dlaczego :)
Od samego początku uderza nas humor ałtorki. Jej lekkie pióro i gładkie zdania powodują, że powieść czyta się w błyskawicznym tempie.
Postacie, jakże oryginalne, z krwi i kości, również przedstawiony w sposób lekko satyryczny dodawały tej historii 'smaczku'. W końcu kto widział Czorta w szaliczku, mieszkającego w koszu na pranie, który w wolnym czasie grywa w Xboxa.
Sama historia również jest bardzo przyjemna. Sielska atmosfera niewielkiego miasteczka przenika się z klimatem tajemniczości i odrobiną grozy  Każdy rozdział przynosi nowe wydarzenia, przez co książka nie jest nuda.
Ciesze się, że autorka podczas pisania swojej powieści sięgnęła do wierzeń słowiańskich. Z mojej strony duży ukłon, za chęć pokazania czegoś innego, niż wszędzie występująca mitologia nordycka. Aż chciałoby się rzecz: "cudze chwalicie, swojego nie znacie".
Jedynym minusem całej powieści, który niestety dość odbierał mi przyjemność z lektury był fonetyczny zapis seplenienia Czorta Bazyla.
Podsumowując Marta Kisiel zafundowała nam lekką, niewymagającą powieść okraszoną dużą dawką prostego, codziennego humoru. I chociaż nie jest to literatura, która diametralnie wpłynie na Wasze życie, i pozostawi Was z tysiącem przemyśleń, to jednak ciężko jej odmówić wartości edukacyjnej i waloru czysto rozrywkowego.

Ocena: 7,5/10

Za możliwość przeczytania książki dziękuje wydawnictwu Uroboros

Mów szeptem - Agnieszka Olejnik

Tytuł: Mów szeptem
Autor: Agnieszka Olejnik
Wydawnictwo: Kobiece

Jako, że lubię dawać sobie wyzwania czytelnicze, i rozwijać się gatunkowo - próbując książek odbiegających od moich powieściowych schematów, odważyłam się w końcu zabrać za grupę Young Adult. I tak właśnie "Mów szeptem" trafiło w moje ręce w zeszłym tygodniu, w ramach (zgadliście!) kolejnego booktouru.

O książce:
Do  prowincjonalnego liceum w Stawach chodzi Witek - chłopak niezwykły. Widzi on bowiem barwę i strukturę wszystkiego, co słyszy. Dodatkowo charakteryzuje się niezwykłą, szczegółową pamięcią. Potrafi w sposób doskonały odtworzyć każdy szczegół ze swojego życia. Jest też niesamowicie inteligenty, a swoją bystrością zawstydza licealnych nauczycieli. U podstaw jego wyjątkowości leży spektrum autyzmu. Synestezja, bo taką właśnie nazwę nosi ta jednostka chorobowa, sprawia, że niestety młody mężczyzna ma także słabo rozwinięte umiejętności komunikacji społecznej. Po śmierci rodziców Witek mieszka z babcią, dla której od swojego wnuczka ważniejszy okazuje się alkohol. Przez swoją chorobę, chłopak woli być samotnikiem, niż narażać się na prześladowania i kpiny. Wie doskonale, że nikt nie jest w stanie go zrozumieć.
Pewnego dnia coś się zmienia. Do szkoły po raz pierwszy przychodzi nowa uczennica Madelaine Robson. Magda ubiera się niewyzywająco, ale bardzo kolorowo. Mimo to wydaje się skryta, małomówna, nie zależy jej na towarzystwie, nie chodzi na imprezy. Wszyscy zastanawiają się skąd przyjechała i dlaczego akurat do Stawów, w których nic ciekawego się nie dzieje.
Od pierwszego dnia w liceum Witek zauważa w niej nawet cechy podobne do własnych. Pomimo swojej wrodzonej nieśmiałości stara się nawiązać kontakt w nowo przybyła.
Ich dziwna i nieco pokręcona relacja z każdym kolejnym dniem przybiera na sile. Jest jednak coś, co skutecznie blokuje tę dwójkę przed podjęciem jakichkolwiek poważnych decyzji. To mroczna przeszłość, które nie daje o sobie zapomnieć.

Moje zdanie: 
Ciężko jest mi znaleźć słowa, którymi będę mogła w sposób jednoznaczny określić tą powieść.
Z jednej strony, jest to na pewno oryginalna, nietuzinkowa historia, która łączy ze sobą gatunki new adult, young adult i kryminału. Poruszane są tutaj trudne tematy autyzmu, molestowania, ciężkiego dzieciństwa i braku wsparcia w najbliższych.
Dobrze, że autorka nie boi się o tym mówić, i stara się uświadamiać swoją lekturą, że nie należy oceniać ludzi od razu, na pierwszy rzut oka. Że wśród nas żyją osoby inne, z odmienną, bardzo często ciężką przeszłością, która wpłynęła znacząco na ich zachowania. Uczy zrozumienia odmiennych zachowań, uświadamia, że one z czegoś wynikają i przestrzega przed wydawaniem bezpodstawnych osądów
Agnieszka Olejnik, moim zdaniem pragnie zwrócić naszą uwagę na to, jak takie osoby są samotne. Jak potrzebują chociaż jednej bliskiej sobie osoby, które je zrozumie i wysłucha, która ich nie odtrąci
Jest to także powieść o czystej, szczerej, nieśmiałej miłości rodzącej się pomiędzy dwoma bohaterami. Możemy śledzić rozwój tej znajomości, od pierwszych nieśmiałych rozmów, po szczere wyznania miłości.
Z drugiej jednak strony uważam, że książka jest lekko niedopracowana. Moim zdaniem autorka zbyt dużo rzeczy chciała zmieścić w tej powieści. Obawiam się, że młodszy czytelnik może zostać zasypany informacjami, przez co nie będzie wiedział na co konkretnie powinien zwrócić uwagę, a sama puenta historii zaginie gdzieś pomiędzy wersami.
Natomiast dla mnie, jako czytelnika już doświadczonego, z pewnym bagażem życiowych doświadczeń niektóre zachowania/opisy są po prostu mało realne. Być może za dobrze znam życie, ale ja po prostu nie wierze w to, że osoby o takim stopniu autyzmu, które jeszcze 50 stron wcześniej unikały dotyku, teraz/już/zaraz mają pragnienie uprawiania miłości fizycznej. Ciężko jest mi pojąć występowanie tak ckliwej i dobrodusznej miłości, i szczerego, wielkiego zaufania - zwłaszcza, że główni bohaterowie mieli ciężką przeszłość, która odbiła się na ich wierze w ludzi. Szkoda, że autorka przy tak mocnym wątku psychologicznym nie zamieściła na końcu żadnego wyjaśnienia, nawet krótkiej notatki odnośnie do przypadku choroby Wita.
I samo zakończenie - rozwiązanie morderstwa było niby zaskakujące, ale bez polotu - zamknięte w jednym zdaniu.
Wiem, że książka może się podobać, natomiast ja już kolejny raz po typ nie sięgnę ;)

Ocena: 6,5/10

Dom przy Foster Hill - Jaime Jo Wright

Tytuł: Dom przy Foster Hill
Autor: Jaime Jo Wright
Wydawnictwo: Dreams

Nie będę oryginalna jak powiem, że jest to kolejna książka która przywędrowała do mnie z booktouru. Nie zaczynajcie nigdy tej zabawy, bo wciąga jak diabli. Co widać po moim blogu ;)

O książce:
Ponad sto lat różnicy. Dwie kobiety, i dwie zagadkowe historie, które połączył mroczny, nawiedzony budynek.
Rok 1906. Niedaleko domu przy Foster Hill, w pniu starego drzewa, zostają znalezione zwłoki młodej kobiety. Na ciele widać ślady, które jednoznacznie świadczą o tym, że była maltretowana. Ivy Thorpe - córka lekarza sądowego - za wszelką cenę chce rozwikłać zagadkę śmierci i jednocześnie przywrócić znalezionej dziewczynie tożsamość. Nie wie jednak, że dążenie do prawdy, może zagrażać jej własnemu bezpieczeństwu.
Czasy współczesne, Kaine Preskot wciąż nie może pogodzić się ze śmiercią swojego męża. I chociaż minęły już dwa lata, to jednak ciągle wraca wspomnieniami do tamtego feralnego dnia. Według policji był to jedynie nieszczęśliwy wypadek. Jednak Kaine nie wierzy w domniemane samobójstwo, i uważa, że jej mężczyzna został po prostu zamordowany. Dodatkowo ma wrażenie, że ktoś ciągle ją obserwuje. Ktoś włamuje się do jej domu i pozostawia wszędzie żółte żonkile. Jej ulubione kwiaty.
Zdesperowana bohaterka, aby w końcu uciec od przeszłości i poczucia osaczenia pod wypływem impulsu kupuje stary dom w niewielkim miasteczku, z którego pochodziła jej praprababka.
Czy to wystarczy, aby poczuć się bezpiecznie?
Jakie przerażające tajemnice zostaną odkryte podczas renowacji domu rodziny Foster?

Moje zdanie:
Nie jest mi łatwo w sposób jednoznaczny opisać tę książkę. Bo nie jest to ani książka rewelacyjna, zdzierająca papę z dachu, ani też straszny, wydawniczy chłam. Dlatego pozwolę sobie wymienić zarówno plusy, jak i minusy dzieła, i to Wam, drodzy czytelniczy zostawię ocenę, czy warto.
Akcja powieści toczy się dwutorowo. Co kilka stron raz towarzyszymy Ivy, by potem przez rozdział czytać o przeżyciach Kaine. Sam pomysł by połączyć dwie różne historie z dawnym, ponoć nawiedzonym domem, świetnie się sprawdził
I to właśnie ta koncepcja i przystępny, łatwy język moim zdaniem ratują ocenę tej książki. Duży plus jeszcze za krótkie rozdziały i dużą, przejrzystą czcionkę, co dla osób z okularach (JA!) jest nie do przecenienia.
Niestety oprócz samej, ciekawej tajemnicy domu przy Foster Hill, dla autorki ważnym motywem - nie do pomięcia - są rozterki miłosne głównych bohaterek. I tak jak sama fabuła rozkręcała się do około 150 strony, to potem mamy już trochę taki sensacyjny harlequin. I dla mnie zaczyna być to wszystko żałośnie "amerykańskie", jak w niskobudżetowym filmie. Powiedzcie mi szczerze, jaka jest szansa, że gość którego przez przypadek spotkacie w nowym mieście, w pierwszym lepszym sklepie, nie wcześniej znając nikogo, okaże się miłością waszego życia? Mało tego, nawet ten nowo poznany facet weźmie sobie tydzień wolnego w pracy, żeby Wam chałupę wyremontować... Cukierkowo, mdło, nijako.
Wszystko to ciągnie się zdecydowanie za długo, jedno i to samo a chęci do wyjaśnienia sytuacji nie ma żadnej.
Szkoda, że to co stanowiło sam szkielet powieści, czyli sekrety domu Fosterów, zostało jedynie liźnięte, a całą reszta opierała się na przepychanka miłosnych bohaterek. Brakowało mi emocji, napięcia i odkrywania wielkiej tajemnicy krok, po kroku. To wszystko miało swój potencjał, ale niestety nie został on rozwinięty. Podsumowując dla mnie to było za mało, by uznać książkę za dobrą. Była po prostu ok.

Ocena: 6/10

Człowiek, który zabił Jamesa Pereza - Sławomir Michał

Tytuł: Człowiek, który zabił Jamesa Pereza
Autor: Sławomir Michał
Wydawnictwo: Novae Res

W ramach rozwijania swojego doświadczenia czytelniczego pierwszy raz zabrałam się za książkowy western. Będąc szczerą, to nigdy wcześniej nie spotkałam się akurat z tym gatunkiem w języku pisanym. Zdecydowanie czytanie tej lektury było dla mnie bardzo ciekawym eksperymentem.

O książce:
Stany Zjednoczone, lata sześćdziesiąte XIX wieku. Do urokliwego miasteczka Porterville przy granicy z Meksykiem przyjeżdża weteran wojny secesyjnej, Duane Stirling, by spróbować rozpocząć nowe życie. Ma on nadzieje na powtórne spotkanie ze swoją narzeczoną, by móc wraz z nią spędzić resztę swojego życia z dala od bitewnego zgiełku.
Nie wie jeszcze, że niebawem przyjdzie mu zmierzyć się z osławionym meksykańskim rewolwerowcem, Jamesem Perezem, którego losy także przyprowadziły do niewielkiej mieści Porterville.
Tymczasem nadciągają wielkie zmiany.  Szybki rozwój przemysłu i transportu potrzebuje olbrzymiej ilości surowców. Bogate zasoby znajduję się dokładnie na ziemi Apaczów, i to właśnie tam Southern Pacific Railroad ma zamiast postawić swoją kolej transkontynentalną, a okoliczne plemiona przenieść do rezerwatów. Pojawia się też widmo wojny domowej wiszące nad Meksykiem. Ziemie w tamtych rejonach również zdają się mieć olbrzymie znaczenie gospodarcze. Wraz z nadejściem nowych czasów mieszkańcy Porterville będą musieli zmierzyć się z własnymi słabościami, i wybrać pomiędzy tym co szlachetne, a tym, co opłacalne.

"Bo choć wywalczyliśmy sobie świat taki, a nie inny, wciąż nie potrafimy go we właściwy sposób spożytkować. Zapominamy o tym, żeby szanować zarówno innych, jak i samych siebie. Ludzie robią  się oficjalni, nie mają w sobie krzty polotu, toną w papierach, które zadają się powoli zastępować istnienie ludzkie. Zapominamy o tym, że nie papier jest ważny, a człowiek" (str. 21)

Moje zdanie:
Pierwsza rzecz, która rzuca się w oczy przy tej książce, to sam, jakże interesujący tytuł.  Pierwszy raz spotkałam się z tym, by w tak bezpośredni sposób nawiązywał do tego, co ma wydarzyć w opisanej historii. Nie ukrywam, że jeszcze przed jej rozpoczęciem byłam szalenie zaintrygowana, jak autor zaskakująco zaprezentuje nam rozwiązanie fabularne, którego nikt nie będzie się spodziewać.
Akcja książki toczy się powoli, jak samo życie w niewielkim mieście na Dzikim Zachodzie. Nie mamy tutaj niesamowitych zwrotów sytuacji, czy zapierającej dech w piersiach przygody. Autor nie przedstawia alternatywnej i wydumanej wersji historii Ameryki, a jedynie opowieść, która mogła rozegrać się w tamtym miejscu i czasie. To nie ciągle zmieniające się wydarzenia mają nas ująć, a głębia, spokój i powolność historii, która nie jest tak prosta, jak wydawałoby się na pierwszy rzut oka.
Tak jak moje odczucia względem tej powieści, tak samo zmieniało się natężenie emocji i odczuwalny niepokój. Początkowo wydaje nam się, że dostajemy w ręce taką sobie powieść o kowbojach, jednak im więcej przeczytamy stron tym bardziej dociera do nas że jest to przede wszystkim historia o szlachetności, trudnych wyborach, i patriotycznej walce o swój kraj.

"Choćbym spotkał jednak śmierć nie jest to powód, by porzucić walkę o wolność. Wiedz, że żaden człowiek nie powinien żyć dla samego siebie. Żyjemy także dla innych. [...] A nawet jeśli walka jest już stracona, człowiekowi wciąż pozostaje przecież walka o godność, czyż nie?" (str. 194)


Dobrze, że autor w swojej powieści nie boi się przypomnieć tych, wydawałoby się przemilczanych kart naszej historii. Wspomina o niewolnictwie czarnych, ekspansji cywilizacji białych i brutalnych przesiedleniach lub nawet całkowitym unicestwieniu rdzennych mieszkańców Ameryki.
Czytając tą książkę poczujemy się jak na prawdziwych Dzikim Zachodzie. Autor sięgnął po wypróbowane elementy znane z klasyki gatunku, które zawsze się sprawdzają.
Oryginalna jest narracja, bowiem Sławomir Michał sam siebie stawia w roli podmiotu lirycznego, który jest narratorem opowieści. Co jakiś czas pozwala sobie na  krótkie wtrącenie skierowane bezpośrednio do czytelnika. I jak w książkach raczej nie lubię takiego zabiegu, tak tutaj dodaje on raczej "smaczku" opowieści, niż wybija z trwającej historii.

"Pewien mój przyjaciel z Meksyku powiedział kiedyś, że propaganda ma potrzebę kreowania bohaterów, którzy przeżyli piekło. [...] A tymczasem prawdziwymi bohaterami są ci, którzy za zwycięstwo w wojnie składają ofiarę w postaci własnego życia" (str. 74)

Co wydarzyło się tamtego pamiętnego dnia w Porterville?
Muszę przyznać, że chociaż tytuł mówił wiele, to autor zakończył powieść z efektem WOW.
Sama lektura pozostawia w czytelniku wiele smutku i przemyśleń. Nieważne bowiem ile byśmy chcieli zaprzeczać, i jak bardzo podkreślać nasze dotychczasowe ucywilizowanie, to i tak największą wartością okazuje się pieniądz. W życiu wszystko ma swoją cenę, i wszystko można kupić.

Ocena: 8,5/10



Za możliwość przeczytania książki dziękuje portalowi nakanapie.pl


O kocie w kłopocie - Fabryka Kart Trefl

Dzisiaj przychodzę do Was z trochę inną recenzją. Wiem, że temat okołoblogowy dotyczy bardziej książek, ale... ta gra po prostu ujęła moje serce, dlatego zdecydowałam się Wam o niej opowiedzieć.

Pierwsze wrażenie:
Nowa propozycja z serii Trefl Joker Line to pięknie zilustrowana i bardzo dobrze wydana gra. Mocne pudełko średniej wielkości wygląda na solidne i wytrzymałe. Po jego otwarciu widzimy duże kafelki planszy w ilości 16 sztuk, karty akcji (w tym karty szczęścia, pecha i posiłku) i 18 kolorowych żetonów domu. Już wiemy, że nie jest to „typowa plaszówka”, a tak zwana gra kafelkowa, w której planszę układamy sobie sami.
Na szczególną uwagę jednak zasługują nietypowe pionki. Są to maleńkie, drewniane krążki z przylepionymi do nich miękkimi kuleczkami – wyraźnie nawiązujące do puchatych kotków. To mnie po prostu ujęło!
Na olbrzymi plus działa fakt, że wszystkie elementy zrobione są solidnie i dają gwarancję trwałości. W opakowaniu znajduje się także kolorowa instrukcja. Dobrze, że jest krótka, bo ma tylko 4 strony i zasady gry są w niej łatwo rozpisane. Niestety muszę wspomnieć, że twórcom nie udało się w niej zawrzeć odpowiedzi na wszystkie pytania, jakie mogą pojawić się w trakcie rozgrywki. Spowodowało to, że w niektórych sytuacjach graliśmy według naszych reguł. Nie wiem, na ile były one takie same, jak autorów

Rozgrywka:
 „Wyobraź sobie, że jesteś małym kotkiem, który właśnie obudził się w naczepie ciężarówki. Najwyraźniej zasnąłeś w trakcie beztroskiej zabawy. Teraz jesteś samotny, głodny i chcesz wrócić do domu. Tylko gdzie on jest?” – Właśnie tutaj zaczyna się nasza przygoda.
Zaintrygowani?
Gra przeznaczona  jest dla 2 do 4 graczy plus kota. Jest to dość istotne, bo według instrukcji rozgrywkę rozpoczyna zawsze ta osoba, która jako ostatnia głaskała swojego pupila. Moim zdanie taka zabawna zasada to świetny pomysł, który dobrze wprowadza w samą tematykę. Nie wiem, co w przypadku, gdy w domu nie ma kota. U mnie są aż dwa, więc ta zasada zawsze była egzekwowana. Cel gry jest bardzo prosty – należy jak najszybciej, wędrując po okolicy, doprowadzić swojego kotka do domu. Na samym początku z dostępnych kafelków układa się planszę, a każdy z grających wybiera sobie kolor pionka. Wielką przygodę zaczynamy na polu startowym i stamtąd, tura po turze, staramy się dojść do zagubionej rodziny.
Za pomocą kart akcji wykonujemy ruchy i przemieszczamy się w określone miejsca. Po drodze możemy sprawdzać poszczególne budynki. Wówczas przeciwnik patrzy, czy spośród otrzymanych na starcie 3 żetonów domu (których my nie widzimy) nie ma elementu pasującego do naszego domostwa. W końcu, jako mały kotek, nie pamiętamy, gdzie mamy wrócić. To jeszcze nie koniec przygód.
W trakcie poszukiwań możemy natrafić na pionek innego gracza. Jak to w rzeczywistości bywa, koty – nawet małe – są niezwykle terytorialne. Dochodzi do sprzeczki. Tę kocią kłótnię rozstrzyga się najprościej, jak można to sobie wyobrazić – zagrywając po jednej karcie z ręki. Zwycięzca może być tylko jeden. Losując karty akcji niewykluczone, że trafimy także na te przynoszące szczęście, ułatwiające grę, i na pechowe, które będą utrudniać nam lub innym graczom znalezienie swojego domu. W rozgrywce występuje duża losowość, co powoduje, że każda partia jest inna, a sama rozrywka szybko się nie znudzi.

Moje zdanie:
Po zagraniu kilku partii, wiem już, że to niewielkie pudełeczko na stałe zagości na półce z innymi planszówkami. „O kocie w kłopocie” to jedna z tych gier, w trakcie których pomimo krótkiej i proste instrukcji trzeba zachować skupienie – przebieg rozgrywki warunkuje wiele czynników. W jakimś stopniu jest to szczęście, ale również indywidualne, strategiczne decyzje podejmowane przez każdego z graczy.
Nie będę ukrywać, że początkowo podchodziłam do niej z dużym dystansem, bo mój wiek dawno przekroczył docelowe lata odbiorców, a i raczej nie gustuję w krótkich rozgrywkach. Jednak to, co otrzymałam, było świetną, lekką grą familijną, w którą, jak w moim przypadku, mogą bawić się także dorośli.
Staranne wykonanie wszystkich elementów zwiększa przyjemność płynącą z zabawy. Zdecydowanie jest to pozycja obowiązkowa dla miłośników mruczących futrzaków.

Ocena: 8/10

Moja recenzja znajduje się także na portalu: popbookownik.pl

Fantastyczna Encyklopedia Małych Stworków - Alicia Casanova

Tytuł: Fantastyczna Encyklopedia Małych Stworków
Autor: Alicia Casanova
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka

Po pierwsze, wybaczcie zastój w blogowaniu. Niestety mam teraz trochę rzecz na głowie i rzadko kiedy mam nawet czas żeby zasiąść do książki. Tak bywa... Mam nadzieję, że nadrobię troszkę w przyszłym tygodniu :)

Dzisiaj przychodzę do Was z recenzją czegoś zupełnie innego.
Myślę, że każdy zastanawiał się kiedyś nad tajemnicą ginących skarpetek. To, że różne rzeczy nagle znikają, chociaż przed sekundą jeszcze leżały obok nas, albo niespodziewanie niszczą się, mimo iż zostały niedawno kupione, tłumaczymy sobie na wiele sposobów. My – dorośli podchodzimy do sprawy racjonalnie i uzasadniamy tajemnicze wydarzenia rozkojarzeniem, zapracowaniem lub zabałaganionym domem. Tymczasem prawda wydaje się być zgoła inna. Otóż, kochani, to nie jest nasza wina! Odpowiedzialne są stwory, skrzaty, gobliny i wróżki, które potrafią porządnie uprzykrzyć nam życie.  Z pomocą przychodzi nam Alicia Casanova ze swoją Fantastyczną Encyklopedią Małych Stworów.

O książce:
W tym wspaniałym leksykonie znajdziemy prawie dwadzieścia różnych stworzeń, które od wieków są odpowiedzialne za dziwne rzeczy dziejące się wokół nas.
Wiedzieliście, że we wszystkich domach występuje wróżka łazienkowa? To właśnie ona jest odpowiedzialna za zbyt szybko kończące się szampony i pasty do zębów. Występuje też duszek supermarketu, który zjada tylko to, co leży na sklepowych półkach i zawsze pozostawia po sobie bałagan. Od czasu do czasu pojawia się też stary troll klatki schodowej, który, jak wskazuje jego nazwa, zamieszkuje szafki z licznikami, poddasza lub piwnice. Ów troll powoduje bohomazy na ścianach korytarzy, przyklejonym do butów gumom do żucia lub powyrywanym przyciskom wind. Najbardziej „podpadła” mi jednak wróżka biblioteczna, bo chociaż wygląda niegroźnie i statecznie, to pożera kartki i streszcza powieści. Nieładnie!
Pośród skatalogowanych stworzeń próżno szukać dobrych duszyczek. Każde z nich ma coś na sumieniu. O wszystkich tych rozrabiających bestiach opowiada nam doktor magicznej zoologii i botaniki Katarzyna Bach.

Moje zdanie:

Jak przystało na rzetelne źródle wiedzy, pisarka dokładnie scharakteryzowała każdą z magicznych istot. Czytając tę książkę, dowiemy się, czym taki stwór się żywi, jak wygląda, gdzie żyje, a nawet, w co się ubiera. Autorka przedstawiła również charaktery tych psotnych postaci, a także wskazówki, co powinniśmy zrobić w przypadku spotkania z nimi oko w oko. Jednak sama przyznaje, nie jest w stanie opisać wszystkich istot, dlatego na końcu książki znajduje się kilka wolnych kart, aby czytelnik sam uzupełnił brakujące informacje, między innymi: o smoczku śpiworowym i wróżce monitora komputerowego.
Muszę przyznać, że to idealne zadanie dla kreatywnych. Pośród tysiąca wirtualnych zabaw dla dzieci, ta na pewno będzie czymś innym i wyjątkowym.
Na sam koniec warto wspomnieć o przepięknym wydaniu książki – twarda oprawa, papierowa obwoluta. Na wyobraźnię czytelnika wpływają nie tylko same stwory, ale przede wszystkim cudowne ilustracje autorstwa Fernando Falcone’a. Są dopracowane w każdym szczególe, barwne, groteskowe, trójwymiarowe, choć bywają i takie dość… przerażające.
Polecam książkę tym, którzy lubią historie o małych domowych skrzatach, stworkach i wróżkach. Można wręcz uwierzyć, że istnieją naprawdę. A tobie, ile razy przytrafiła się sytuacja, w której ów stwór maczał swoje paluchy?

Ocena: 8/10

Moja recenzja znajduje się także na portalu: popbookownik.pl